Ja nie chcę walczyć. Chcę budować

Marsz KOD Niepodległości – 11.11.2016

Marsz Niepodległości KODuPół godziny spóźnienia. Kolejarz mówił, że to przez mróz. Zima jak co roku zaskoczyła nie tylko drogowców. Marznąc na ciemnym peronie, zastanawialiśmy się, czy ta „usterka techniczna”, ogłoszona przez megafony, to forma „przygotowania do obchodów”, zapowiedziana przez ministra. Że dziś akurat wszystkie poranne pociągi do Warszawy się spóźnią.
Pracownik Warsu roznosi darmowe polskie jabłka dla pasażerów. „Prezent z okazji Dnia Niepodległości„.

Pierwszego narodowca zauważam w Krzyżu. Przechodzi przez wagon ze zwiniętą polską flagą w ręce i kotwicą Polski Walczącej wyhaftowaną na nogawce dresów.
A więc jedziemy w to samo miejsce, na to samo święto.
Jest młody. Może mieć 20 lat, a może nie. Duże, niebieskie oczy.

Kiedy idę do Warsu, przez całą długość pociągu, widzę ich – wsiedli w Poznaniu. Młodzi, postawni, na czarno ubrani, ciężkie militarne buty. Kotwice, orły, hasła na ich bluzach, symbole neopogańskie też.
Dwa rzędy foteli przede mną dwóch młodych, około 25 lat. Ten chudy głośno odmawia modlitwę, a potem tłumaczy temu brodatemu zasady członkostwa w ich grupie.
…musisz czytać Pismo Święte. Ale nie, że jakiś fragment tylko przeczytasz i już. Musisz się w to wgłębić. A jak powiedzą, że trzeba iść na wojnę, to musisz wziąć karabin, i walczyć.
I tak dalej. Musisz, musisz, musisz. Na tyle głośno że pół wagonu słyszy. Siedzący tuż za nimi pasażer nie wytrzymuje i przypomina im, że są w miejscu publicznym.
A ja panu powiem że ja to robię specjalnie – odpowiada Głosiciel. – Dla promocji wartości narodowo-katolickich.

Nasz pociąg zmierza na wschód. Z każdym kilometrem za oknem coraz więcej śniegu. Jakbyśmy jechali na Syberię.
Przyjaciel pisze do mnie, że umarł Leonard Cohen. Ten który śpiewał „New York is cold, but I like place where I’m living” – „W New Yorku jest zimno, ale lubię miejsce, w którym żyję”. W Nowym Jorku, gdzie są teraz inni moi bliscy, jest w tej chwili zimno – i gorąco; ludzie na ulicach i lepki, wilgotny strach, co to będzie, co ten nowo wybrany zrobi z nami, ze światem; tak jakby cywilizacja wolności, demokracji i praw człowieka pogrążała się w jakiejś epoce lodowcowej.

Inny przyjaciel mejluje do mnie z zapytaniem, „dlaczego Kijowski i coś tam Dmowski„. Czytam w wiadomościach, że Kazimiera Szczuka powiedziała, że nie pójdzie, bo coś tam. Czytam na KOD-owym Facebooku, że konflikt, że różne wizje, że to, że tamto. Zamykam w końcu oczy i pod powiekami widzę scenę z „Władcy Pierścieni”. Rivendell, elfy, krasnoludy, ludzie, hobbici. „Nie pozwolę, by Pierścień wpadł w ręce elfów! Nie można ufać elfom!” Przez wrzaski w końcu przebija się głos: „Wy się tu kłócicie, a Mordor rośnie w siłę!!!”

Dzwonię do Tomka, mojego dobrego i kochanego kumpla z byłej pracy. Jest on moim pogotowiem informatycznym, jak mi się psuje komp, to on zawsze, niezależnie od tego jakie ma plany, zmienia je i ratuje moje jedyne narzędzie pracy. Uczciwie pracujący, miłośnik historii, w jego pokoju cała ściana książek, aczkolwiek w natłoku obowiązków coraz rzadziej znajdujemy czas, by jak dawniej przy kawce pogadać o literaturze i poezji. Nie odbiera, za jakiś czas pisze: „W drodze do stolicy na marsz„. Odpisuję: „Ja też! W którym jesteś pociągu, bo może to ten sam?„. „EIC spóźniony 45 minut, zaraz wjeżdża na Zachodnią„. „To ten! Wysiadamy na Zachodniej„. Właśnie się zbieramy i wychodzimy na peron. Wtedy słyszę z drzwi wagonu: „Pacia!!!” To on, podbiegam, całujemy się, „Ty też na marsz???” „Noo, zobacz jaką mam mega flagę!” „Niech zgadnę – tęczową?” – mówi on, nim zdążyłam ją wyciągnąć. „Skąd wiedziałeś?” – śmieję się, „No to uważaj na siebie„, „Ty też” – pociąg rusza a ja gonię naszą grupę.
Tomek jest narodowcem. On jedzie na marsz, tylko, że ten drugi. Wydaje się że znam go na tyle dobrze by wiedzieć, że on cegłówkami rzucał nie będzie. Od lat zresztą zastanawiam się nad tym fenomenem, jak ów człowiek potrafi łączyć swój intelekt, wiedzę i życzliwe podejście do ludzi ze swoimi poglądami. I do żadnych wniosków nie doszłam.

Idziemy sobie zatem naszą KOD-ową grupą pomiędzy blokami Ochoty. Z okna któregoś wita nas warszawianin: „Wracać do domu, jełopy!!!” – „Chodź z nami!” – odkrzykujemy wesoło. Z ołowianego nieba na szary beton wirując padają szare płatki śniegu. W monochromatycznym krajobrazie jedyna barwa to czerwień na flagach. Coraz więcej i więcej tych flag. Lawirujemy po wąskich uliczkach, chodnikach, i naraz przestrzeń otwiera się: plac Narutowicza po brzegi pełen ludzi. Nad tym morzem głów żagle flag. Polskie, KOD-owe, unijne i parę tęczowych. Z telebimu uśmiecha się do nas Daniel Olbrychski.

Wita nas gospodyni miejsca, pani burmistrz dzielnicy Ochota, a potem o historii naszej niepodległości opowiada Bronisław Komorowski. Mówi, że wolność nigdy nie udawała się bez demokracji, a demokracja bez jedności. „A Jarosław Kaczyński całe swoje życie tylko dzielił i jątrzył„. Cieszę się że ktoś w końcu mówi to na głos. Że wytyka Kaczafiemu jego kłamstwa.
Prezydent skupia się na sprawach ogólnych i nie zagłębia w osobistą przeszłość i traumy. Ale ja pamiętam, że on świętował 11 listopada już w 1980 roku, i twierdził wówczas, że PRL nie jest państwem niepodległym. Sąd skazał go za to na karę aresztu. Sędzia nazywał się Andrzej Kryże. Obecnie poseł PiS.

Wyrwij murom zęby krat” – intonuje Dorota Stalińska, a ludzie śpiewają z nią: „zerwij kajdany połam bat, a mury runą, runą, runą…„. Aktorka przemawia z niesamowitą, powalającą siłą. Mówi o Polsce silnej różnorodnością, wolnej od nienawiści i pogardy. „Ja nie chcę walczyć!” – jej głos brzmi jak dzwon katedralny. – „Ja chcę budować, chcę tworzyć!” Byłam już na wielu wiecach i protestach, marszach i demonstracjach, ale jeszcze nigdy nikt tak mną nie potrząsnął jak ta pani – kiedy deklamuje wiersz Jonasza Kofty, łzy lecą mi ciurkiem po twarzy:

Tyle lat jesteśmy razem, miła, wybacz
Ale wszystko tak jak trzeba chyba nie jest
Gdy musimy się codziennie przekonywać
Że ty dla mnie, ja dla ciebie, istniejemy…

Słowa Doroty Stalińskiej są odpowiedzią na pytanie „dlaczego tu jestem?” Bo ja chcę dokładnie tego samego. Chcę Polski, w której ludzie zużywają swoją energię i czas na to by tworzyć, by robić dobre rzeczy, by rozwijać pomysły dla nich ważne, a nie by generować sobie sztucznych wrogów by mieć z kim walczyć, by tworzyć sztuczne smoleńskopodobne problemy i w nich się taplać. Jestem tu, bo chcę Polski, w której mógłby czuć się bezpiecznie każdy, a nie tylko mówiący jedynie po polsku biali, heteroseksualni mężczyźni-katolicy.
W której pozostali nie muszą wychodzić na ulice, by dochodzić swoich praw, lub co gorsza boją się na nie wyjść, bo nie wiedzą co ich spotka.
Bo nasz czas na ziemi jest limitowany i dopiero wtedy, gdy nie musimy trwonić sił na bronienie się przed uzurpacjami władzy, możemy się skupić na tym, by spokojnie pracować, budować drogi, wyposażać szkoły, pisać książki, chodzić do teatru, grać w piłkę.
…To normalne, że chcesz mieć nareszcie spokój
A na wiosnę grządki zasiać i zagrabić
Ale wiesz, bywają różne pory roku
A tak życia jak tapczana nie ustawisz…
(Jonasz Kofta)

Chcę Polski, w której niezależnie od różnic poglądów można skupić się na tym co wspólne i siły poświęcać konstruktywnemu działaniu, a nie na żarcie się nawzajem. Taka Polska chyba też marzy się Mateuszowi, który opowiada, że radośnie tu świętujemy, że niestety w Polsce jest mnóstwo podziałów i konfliktów, bo nie wszyscy świętują razem, że są inne grupy, inne patriotyzmy, że oni także mają prawo do swojego świętowania. Że może za dwa lata, jak będzie setna rocznica odzyskania Niepodległości, to pójdą wszyscy razem.
Myślę że Mateusz jest marzycielem. „I had a dream…” – mówił Martin Luther King. A kilka kwartałów dalej krzyczą „Polska to my, a nie Kijowski i jego psy„. Czy są w stanie przejść aż tak głęboką przemianę wewnętrzną, by wizja Mateusza była możliwa? Ja takiej nadziei nie mam. Szkoda. Z nadzieją łatwiej się żyje.

Powoli nasz ogromny tłum wlewa się w wąskie gardło ulic Warszawy. Jest coraz zimniej. Niebo ciemnieje, a śnieg pada z niskich chmur, powoli wirując, szybko się topiąc.
Kiedy niebo nad głowami ciąży chmurnie
Twoje oczy wciąż mnie śledzą niespokojnie
Ja dla ciebie chyba chyba zawsze byłem durniem
Co nic nie wie, nic nie czuje, nic nie pojmie…
(Jonasz Kofta)

Idziemy kolumną tak długą, że nie widać ani jej początku, ani końca. Jest nas dużo. Ciekawe, ile. Ciekawe jakie liczby poda Urząd Miasta, a jakie policja. Znowu będzie licytowanie, ile było nas, a ile was. Kogo mniej, kogo więcej. Tak jakby liczba ludzi, którzy w coś wierzą przesądzała o słuszności tej wiary. Swego czasu do mniejszości należeli ci, którzy wierzyli, że ziemia jest okrągła, że czarnoskórzy nie powinni być sprzedawani, a kobiety mieć prawa wyborcze.

Idziemy kolumną jedną nitką dwupasmówki, a na drugim pasie kolumna wozów policyjnych. W życiu nie widziałam na oczy tyle policji.
Po raz pierwszy w życiu doświadczam uczucia, że publicznie manifestując swoje poglądy narażam się na fizyczną agresję, utratę zdrowia. Przecież w poprzednich latach, po swoich marszach „patrioci” urządzali „wycieczki” na squoty i komuny „lewaków” – tu w Warszawie i we Wrocławiu też. Więc zastanawiam się, czy nie wybiorą się na ten tu marsz „psów”, na gościnne występy. Ale póki co ich nie widać. Na szczęście wolą „świętować” we własnym gronie.

Nie ma takiej gorzkiej prawdy, moja miła
Która dla mnie byłoby nie do zniesienia
Jeśli rzecz nam jaka serca podzieliła
To naiwne i tchórzliwe przemilczenia

Bo niestety, wbrew temu co mówił Mateusz i co powtarzają na trasie entuzjastyczne animatorki, to nie jest radosne świętowanie. Nie wiem jak wielu z tych, którzy idą, przyszło tu z radości, że mamy Niepodległą Polskę, ale ja nie. Nie po to zrywałam się o świcie i jechałam pół tysiąca kilometrów. Idę tu w przemakających butach, z oczami zasypanymi śniegiem, trzęsąc się z zimna, raczej po to, by tej Polski – wolnej, demokratycznej, obywatelskiej – nie utracić.

Chyba prawo mam, by w moim własnym domu
Więcej w oczy mi patrzono, mniej na ręce

Jestem tu, bo chcę pokazać, że się na to nie zgadzam. Gdyby było normalnie, to pewnie poszlibyśmy, każdy w swoim mieście, położyć kwiaty pod pomnikiem Piłsudskiego, a potem z rodziną czy przyjaciółmi zjedlibyśmy obiad. Siedziałabym jak co roku we wrocławskiej Czajowni, pijąc czaj. Ale nie jest normalnie.

Pola Mokotowskie spowite mglistym mrokiem. Ze sceny przemawia nasza Magda Filiks. Opowiada o tym, że patriotyzm to nie tylko poszanowanie dla flagi i znajomość historii. To także dbanie o nasz kraj tu i teraz, uczciwa praca i płacenie podatków, angażowanie się w sprawy małe i w naszym zasięgu. Jak w tym komiksie (-> http://www.smbc-comics.com/comic/an-important-distinction), w którym symboliczny Patriotyzm, z łopatą w rękach, mówi: „Będę pracował dla mojego domu, bo to najlepszy dom„. A Nacjonalizm, z pustymi rękami: „Mój dom jest najlepszy, bo jest mój! – i wara z niego innym!”. Ja to nawet bym dodała: „Będę pracować dla mojego domu, mimo, że są inne, lepsze domy, które wymagają mniej pracy. Ale nie ucieknę do nich, tylko zostanę pracować tutaj. Bo jeśli ja tego nie zrobię, to kto to zrobi?

Póki czas, lepiej otwarcie ze mną pomów
Zanim w złości lepszy numer ci wykręcę
Wiem na pewno, że ze sobą zostaniemy
Chociaż życie nam układa się nieprosto
Nie możemy rozstać się trzasnąwszy drzwiami
Moja miła, moja droga
Moja Polsko

Przemawiają politycy. Schetyna, Czarzasty, Petru, Nowacka. Niezależnie od tego, co myślę o ich przeszłych dokonaniach, jak oceniam ich programy na przyszłość, jak bardzo wierzę w realność tego co mówią, i jak wierzę (czy nie wierzę) w to, że oni sami we własne słowa wierzą – cieszę się, że ludzie z różnych stron politycznego ringu mogli spotkać się w jednym miejscu i mówić do nas z jednej sceny. Daje to jakąś nadzieję. Że może uda się w obronie najwyższych wartości podać sobie ręce ponad podziałami. Bo póki co było tak, że utonęliśmy w detalach, w rozkminach, w niuansach, w czystościach idei, a Ciemna Strona Mocy, pozbawiona takich dylematów, równo dudniącym marszowym krokiem idzie naprzód i zawłaszcza wszystko po kolei.

Zawłaszcza nie tylko przestrzeń publiczną, urzędy, sądy, media, historię, szkoły, ale także nasze prywatne, osobiste przestrzenie: naszych domów, rodzin, naszego życia. Nikt niestety nie wspomniał o tym, że odzyskanie suwerenności 1918 roku oznaczało jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. 28 listopada dekretem Józefa Piłsudskiego w Polsce kobiety otrzymały prawo wyborcze. Nawet rewolucyjna Francja nie była tak postępowa: Francuzki musiały czekać do 1945 roku. Mimo że minął niemal wiek, „kilku bezdzietnych mężczyzn dyktuje milionom kobiet, jak mają żyć„, co punktuje z telebimu Krystyna Janda.

Nie wystarcza mi sił by zostać na koncercie Oddziału Zamkniętego i Big Cyca. A tak ich lubię, tak trafna w swoich obserwacjach jest najnowsza płyta „Czarne Słońce Narodu”, w całości „poświęcona” temu facetowi, którego na innej manifestacji właśnie obwołano Naczelnikiem Państwa Polskiego. Jakoś nie protestował. (Dzień później dowiedziałam się że Skiba został wyrzucony z TVP – i zdziwiłam się, że dopiero teraz!) Słucham pieśni o Antonim, który ojczyznę obroni, uciekając w poszukiwaniu ciepłej kawy i zupy. I jest mi wstyd. Po czterech godzinach marszu przez miasto ja już nie wytrzymuję, a Ukraińcy na Majdanie wytrzymywali całymi nocami w tamtą mroźną zimę. Ukraińcy, których flagę „patrioci” w tej chwili palą w centrum Warszawy.

Niemniej, Kaczyński i jego klika dali mi ogromny prezent. Wcześniej dbanie o świat dookoła siebie w dostępnej mi skali było czymś tak oczywistym, że aż przezroczystym. Wiele było w tym świecie jeszcze do zrobienia, do poprawienia, do wypracowania ale wydawało mi się, że to wszystko tylko kwestia czasu. Dopiero w chwili gdy szaleńcy jeden po drugim siejąc ziarna nienawiści zaczęli dostawać się do władzy, uświadomiłam sobie jak moja mała ojczyzna jest krucha i zarazem cenna. Ojczyzna, którą celowo piszę małą literą, bo moja Polska jest mała. Nie wielka – na nieaktualnej mapie, „od morza do morza”. Nie ta unurzana w krwi najlepszej swojej młodzieży, nie ta licząca ofiary w milionach i wielka swoją stratą, bólem i tragedią. Nie dominująca nad innymi narodami, ale z nimi współpracująca. Moja Polska to ta, w której przez pół dnia mogę spokojnie i uczciwie pracować, a to co zrobię, ułatwia życie innym ludziom. A dzięki podatkom, na które zarobię, powstaje kolejny kawałek autostrady, kolejny inkubator jest kupiony do szpitala, a uczelnia może prowadzić swoje badania. Moja Polska to ta, w której ja i inni zbieramy kasę na sprzęt medyczny, organizujemy zawody motocyklowe, szkolenia z bezpieczeństwa ruchu drogowego, fundację prowadzącą przedszkole. W której jest miejsce na każdy kolor skóry, na każdą barwę tęczy. W której pociąg jest czysty i przyjeżdża punktualnie, a wieczorem po pracy można pójść do Stojaków czy Marczakówny i wypić kawkę lub zjeść lody, patrząc jak za szybą przechodzą spokojni ludzie, którym na głowy nie lecą pociski moździerzowe, ani razy zomowskiej pałki.

To jest właśnie mój patriotyzm. Patriotyzm budowania domów, a nie zrzucania na nie bomb.

W drodze na dworzec i w pociągu spotykam innych patriotów. PatRYJotów, bo ich patriotyzm polega głównie na darciu ryja. „Bić sierpem, bić młotem lewacką hołotę” – odbija się echem o warszawskie mury. Nie są tacy jak Tomek. Chodzą całymi stadami, z flagami i biało-czerwonymi opaskami na ramionach, a w ich oczach agresja i pogarda. Przeraża mnie sposób w jaki patrzą na mijane dziewczyny. Widziałam ich marsze po wielokroć (z okien wrocławskiej Czajowni). Ich hasła, wypisane i wykrzyczane. Dlatego swoją tęczową flagę zwinęłam wychodząc z Pola Mokotowskiego, a klaty z przypinką KOD-u jakoś szczególnie nie wypinam.
A mój PiS-owy znajomy tłumaczy mi na fejsbuku, że insynuacja, iżby oni byli agresywni, ich obraża. Że to my, KOD, jesteśmy agresywni. Że to my pewnie jego, PiS-owca, zabijemy – „jak Inkę, strzałem w twarz”, poprzednio torturując, „jak to robili wasi guru„. Szczegół, że ci, którzy te rzeczy robili, to właśnie Kryże i jego ówczesna partia, jakoś mu z tego „rozumowania” umknął.

Dlaczego my nie krzyczymy, że chcemy dla nich śmierci?
Dlaczego oni mówią, że w ich Polsce nie ma miejsca dla nas?
Dlaczego oni mogą chodzić po mieście ze swoimi kotwicami, a ja z moją tęczą nie mogę?
A propos: kilka dni temu głosami PiS odrzucono projekt ochrony przed przestępstwami nienawiści ze względu na płeć i tożsamość płciową. A dziś Duda zapewniał z mównicy, że Polska jest jedna dla wszystkich. Dudoprawda.

W pociągu wszyscy pasażerowie przesiadają się na odległy od młodzieńców koniec wagonu i udają, że ich nie ma. No cóż, głośne śpiewy, nieministranckie słownictwo i spożywanie spirytualiów w pociągu nie jest zachowaniem mi obcym – byłam przecież nie raz na Woodstocku – ale tamte powroty miały atmosferę braterstwa i miłości do całego Wszechświata. Ci z mojego wagonu po jakimś czasie wysiadają, ale po 22.00 wpadają do nas patRYJotki z sąsiedniego. Długie włosy, militarne barwy, biało-czerwone opaski na ramionach. Budzą drzemiących pasażerów krzykiem „bilety do kontroli„. To nie żart. Oni myślą, że mają władzę. I dużo się nie mylą. Niedługo dostaną od Macierewicza ostrą broń. Ich buta, ich agresja, którą tu tryskają, już jest i będzie systematycznie podsycana, aż w końcu osiągnie masę krytyczną. Wtedy będzie za późno, by nad tą wścieklizną zapanować. Czyja krew popłynie pierwsza?

Odpowiadają mi ONR-owcy. „Polska czysta, polska biała, bez Araba, bez pedała” – krzyczą na peronie. Nie, nie pomieszczą się w tej samej rzeczywistości ich i nasze patriotyzmy, bo to jest po prostu fizycznie, psychicznie niemożliwe.
Nie mam takiej nadziei jak Mateusz Kijowski.
Ale jedną nadzieję jeszcze mam. Że to ja się mylę, a on ma rację.

 


Zdjęcia własne autorki.

Share Post
No comments

LEAVE A COMMENT