Kiedy lód skuł ziemię, a bazie zakwitły w lufie karabinu

13.12.1981 za wikipediaOd jednego grudnia do drugiego minęło trzy i pół dekady, grubo ponad połowa mojego życia. Pierwszy grudzień oznaczał czołgi i koksowniki na ulicach. Drugi – wielobarwne manifestacje uśmiechniętych ludzi pod flagami zjednoczonej Europy.

Niewątpliwie należeliśmy z kuzynem do nastolatków żądnych przygód. Wieczorem, 12 grudnia 1981 r. przemierzaliśmy podmokłe tereny w okolicy Koszalina. Na początku lat 80. XX w. zimy były jeszcze prawdziwe, więc mokradła skuwał lód, ale i tak nie byłem do końca pewien, czy ta akurat przygoda zakończy się szczęśliwie. Pomimo to po upływie 35 lat mógłbym już tamtej eskapady w ogóle nie pamiętać, gdyby nie poranek dnia następnego. Nie spałem do południa. Włączyłem radio, żeby posłuchać audycji „60 minut na godzinę” i zamiast mojego ulubionego satyryka Jacka Fedorowicza usłyszałem generała Jaruzelskiego mówiącego coś o bolesnej linii podziałów. Niedługo potem do drzwi naszego mieszkania zapukał kuzyn.
Nikt cię nie próbował zatrzymać? – powitałem go w wejściu.
Biegłem przez śniegi – odparł. – Coś tam żołnierze do mnie krzyczeli.

Bibuła niczym świętość

Poszliśmy do miasta na spacer. Koło przystanków autobusowych rysowałem kotwice na grubej warstwie śniegowego puchu. Kiedy minęły przymusowe ferie i wróciliśmy do szkoły, zaopatrzyłem się w zapas kredy. Odtąd kotwice rysowaliśmy już na murach. Pisaliśmy też popularne wówczas hasła w rodzaju „Wrona skona” czy „Junta przegra”. Na maszynie do pisania wydrukowałem kilka swoich wierszydeł o antykomunistycznym wydźwięku i roznosiliśmy je z kuzynem po klatkach schodowych. Był to odruch serca, ale i coś w rodzaju zabawy w podchody. Ryzyko wpadki podnosiło ciśnienie.
Niedługo potem w moje ręce zaczęła wpadać prawdziwa, odbijana na powielaczu bibuła. Czytałem ją od deski do deski i gromadziłem jak świętość. Reżimowego Dziennika Telewizyjnego nie oglądałem. Jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, włączcie ten dzisiejszy. Natężenie prymitywnej propagandy bardzo podobne. Różnica polega na tym, że dzisiejsi propagandyści nie pokazują się na ekranie w mundurach. Jeszcze.
– Czy Dziennik Telewizyjny mówi prawdę? – zapytał kuzyn politruka, który przyszedł do szkoły opowiadać dzieciom o ówczesnej dobrej zmianie.
Nie wiem, ale z tego co wiem, to chyba tak… – wyjąkał w odpowiedzi zaskoczony oficer.
Kiedy politruk przyszedł do mojej szkoły, demonstracyjnie wyciągnąłem z torby podręcznik i zacząłem się uczyć. Mundurowy nie był z tego zadowolony, ale poprzestał na złośliwym komentarzu.
Kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego wpadł do nas na chwilę przewodniczący Zarządu Regionu „Pobrzeże” Paweł Michalak, dziś dyrektor Delegatury Zachodniopomorskiego Urzędu Wojewódzkiego w Koszalinie. Nie mam pojęcia, u kogo się wtedy ukrywał, ale niedługo potem dowiedziałem się, że wpadł. Na Wielkanoc przesłał nam z „internatu” własnoręcznie wykonaną kartkę świąteczną, z pomysłowym rysunkiem bazi sterczących z lufy karabinu.

Milicji jak groma

Któregoś dnia dyrektor naszego liceum Lech Żyła zwołał apel.
Ktoś nasmarował na boazerii „CIA czuwa” – rozpoczął bez wstępów. – Ja nie wiem, kto czuwa, a kto nie czuwa, ale ta boazeria kosztowała milion złotych, więc bardzo proszę, żeby po niej nie bazgrać.
Zachował się z klasą. Ktoś inny ściągnąłby do szkoły bezpiekę i ogłosił obławę na winowajcę. Nie byłem wprawdzie autorem napisu, boazerię szanowałem, ale klasę dyrektora doceniłem.
Nie potrafiłem zrozumieć natomiast naszej wychowawczyni, która z konsekwencją godną lepszej sprawy pędziła nas na pochody pierwszomajowe. Ja przez cztery lata nauki w liceum nie pojawiłem się na pochodzie ani razu. Takich jak ja wychowawczyni piętnowała słownie. Podobno nie czuliśmy związku ze szkolną społecznością.
Czułem za to związek z wolnym światem. Z bijącym sercem wsłuchiwaliśmy się całą rodziną w zagłuszane audycje informacyjne BBC, „Głosu Ameryki” i „Wolnej Europy”. Cieszyliśmy się, kiedy słyszeliśmy o wielotysięcznych demonstracjach w Gdańsku, Poznaniu czy Szczecinie. W Koszalinie było bowiem dość spokojnie. Chociaż 31 sierpnia 1982 r. zadzwonił do mnie kuzyn.
Była demonstracja na placu Bojowników – wydyszał. – Stałem akurat w kolejce do delikatesów i wszystko widziałem. Milicja odgrodziła plac i puściła gaz łzawiący.
Tego samego dnia wieczorem, już jakiś czas po demonstracji i daleko od centrum miasta szedłem spokojną uliczką do domu. Na jednej z posesji otworzyły się drzwi.
Uciekaj pan! – krzyknął jakiś mężczyzna. – Milicji jak groma!
Zacząłem chodzić do katedry na msze za ojczyznę. Po nabożeństwach około stu osób ustawiało się wokół krzyża z kwiatów. Rozkładaliśmy palce w kształcie litery „V” i śpiewaliśmy „Boże coś Polskę”. Pewnie pojawiali się tam jacyś tajniacy, ale nikt nam nie przeszkadzał.

Komunizm się sypie

12 czerwca 1987 r. pojechaliśmy z bratem do Gdańska. Na Zaspie papież Jan Paweł II miał celebrować mszę św., a było oczywiste, że nabożeństwo to zgromadzi kilkaset tysięcy ludzi i przekształci się w demonstrację przeciwko reżimowi. Na stacji kolejki miejskiej milicjant próbował nas zawrócić, zapewne dlatego, że mieliśmy długie włosy i dżinsowe katany. Udało nam się nadgorliwego funkcjonariusza ominąć.
Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie – wołał papież.
Mówił o solidarności przez małe „s”, ale wtedy samo słowo „solidarność” było niczym eksplozja. Po nabożeństwie uformował się wielotysięczny marsz, który ruszył w kierunku centrum miasta. We Wrzeszczu zaatakowało nas ZOMO. Do tamtej chwili nie wiedziałem, że potrafię tak szybko biegać. Schroniliśmy się z bratem u krewnych.
Smak milicyjnej pałki poczułem dopiero w czasie zabaw w podchody z zomowcami pod koniec studiów w Poznaniu. Było to 2 kwietnia 1989 r., na Starym Rynku, po demonstracji przeciwko planowanej elektrowni atomowej w Klempiczu.
„Komunizm się sypie” – mniej więcej w tamtym czasie napisał ktoś na ulicy Czerwonej Armii, czyli dzisiejszym Świętym Marcinie. Bo i sypał się wyraźnie. Obradował już Okrągły Stół, choć początkowo reżim nie chciał się zgodzić, żeby w obradach wzięli udział najwięksi „wrogowie ludu”, czyli Adam Michnik i Jacek Kuroń. Komunizm posypał się ostatecznie 4 czerwca 1989 r., kiedy obaj „wrogowie ludu”, a także ćwierć tysiąca innych kandydatów „Solidarności” dostało się do Parlamentu.
Byłem wtedy szczęśliwy, choć miałem też poczucie winy, że za mało angażowałem się w walkę z reżimem. Kiedy więc PiS dokonał zamachu na Trybunał Konstytucyjny, a w Koszalinie nie było jeszcze słychać o żadnych manifestacjach KOD-u, nad ranem 12 grudnia 2015 r. wsiadłem w pociąg i pojechałem do Poznania na demonstrację. Taki odruch serca. Na poznańskim placu Wolności znów poczułem atmosferę wspólnoty z czasów karnawału „Solidarności” w 1981 r.

 

fot. za Wikipedia.pl

Share Post
No comments

LEAVE A COMMENT