Marsz Niepodległości fot PawelKazimierczukListopadowa manifestacja KOD-u nie należała do rekordowo wielkich.
Według organizatorów maszerowało nas 40-60 tys., a według ratusza – zaledwie 27 tys. Do tego sypał śnieg. Ale i tak wracałem do domu naładowany pozytywną energią.
Do Warszawy pojechała autokarem delegacja środkowopomorska; w jej skład wchodzili koderzy zarówno z Koszalina, jak i ze Słupska.
Niestety, wynajęty przez Stanisława Roka duży, wygodny pojazd udało się zapełnić tylko w części.

Poznali nas po biało-czerwonych kapeluszach

Niektórzy starsi koderzy czuli się już zmęczeni częstymi wyjazdami na marsze, inni obawiali się kapryśnej, listopadowej pogody, jeszcze inni ewentualnej konfrontacji z nazistami, którzy tego samego dnia mieli w Warszawie swój marsz. Byli też i tacy, którzy uwierzyli w to, że naziści mają wyłączność na świętowanie 11 listopada, a nam pozostaje 3 maja, 4 czerwca i 31 sierpnia.
A przecież 11 listopada to rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę, a nie urodziny Adolfa Hitlera…

Po drodze czekała nas niespodziewana atrakcja w postaci policyjnej kontroli, ale i tak na plac Narutowicza dotarliśmy grubo przez planowanym terminem rozpoczęcia manifestacji.
W efekcie przytupywaliśmy z zimna w towarzystwie kodowskich strażników zgromadzenia, służb medycznych, policjantów i dziennikarzy.
Ci ostatni zwrócili uwagę na nasze biało-czerwone kapelusze ze znaczkami KOD-u, które rozdał nam Stanisław Rok.
Dzięki tym kapeluszom poczuliśmy się jak gwiazdy rocka. Tylko ja jeden udzieliłem wywiadu dwóm polskim stacjom radiowym i jednej ukraińskiej telewizji, a z mediami rozmawiali też przecież inni.

Wyrwij murom zęby krat…

Tupanie i rozmowy z dziennikarzami nieco nas rozgrzały, a już zupełnie ciepło zrobiło nam się, kiedy wokół nas zaczął gęstnieć tłum.
Miło było zobaczyć twarze, które pamiętałem z poprzednich demonstracji i z kodowskich grup na Facebooku. Kilkadziesiąt metrów od nas przemknęła szczecinianka Monika Pacyfka ze swoją tęczową flagą, a tuż koło nas ustawili się koderzy z Wielkopolski.
Ze sceny powitał nas Mateusz Kijowski, długo przemawiał prezydent Bronisław Komorowski, a aktorka Dorota Stalińska zaintonowała „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Jeszcze wspólnie odśpiewaliśmy hymn Polski i pochód ruszył.
Chwilę potem dostaliśmy SMS-a od naszej koordynatorki Anny Pawliczek, która do Warszawy pojechała prywatnym samochodem. Właśnie szczęśliwie zaparkowała w pobliżu placu Narutowicza. Niestety, nie udało nam się w tłumie manifestantów odnaleźć.

Popatrz, wyciągam swoją dłoń

Jak zawsze z przyjemnością przyglądałem się otaczającym mnie ludziom. Po raz pierwszy w historii demonstracji KOD-u nad głowami tłumu zdecydowanie dominowały flagi biało-czerwone, a europejskie były w mniejszości.
Po raz pierwszy też widziałem tak dużo młodzieży. Po raz pierwszy w historii warszawskich marszów KOD-u szliśmy przez Ochotę, a nie centrum miasta. Organizatorom i władzom municypalnym zależało, aby trasy przemarszu demokratów i nazistów były od siebie oddalone. Dzięki temu podczas kilkugodzinnego pobytu w Warszawie nie zobaczyłem ani jednego nazisty, czego bynajmniej nie żałuję. Widziałem za to radosnych, uśmiechniętych demonstrantów, odmachiwałem też machającym do nas z balkonów mieszkańcom. Najbardziej wzruszył mnie stojący w oknie starszy pan, który prezentował kolekcję swoich medali z czasów II wojny światowej.
Kiedy dotarliśmy na Pole Mokotowskie, przemawiała akurat nasza koordynatorka regionalna Magdalena Filiks. A w cieniu drzew spotkaliśmy jej zastępcę Pawła Jackowskiego, który zbierał się powoli na Dworzec Centralny.
Może zdejmij znaczki – zatroszczyłem się oń. – W śródmieściu będą naziole. Bez sensu dać się pobić.
Już ich spotkałem w pociągu do Warszawy – uśmiechnął się. – Trochę podyskutowaliśmy, a na koniec uścisnęliśmy sobie ręce.


Zdjęcie górne: KOD Słupsk, zdjęcie w tekście fot. Paweł Kazimierczuk

Share Post
No comments

LEAVE A COMMENT