Warszawa, Czarny Piątek, światełko w tunelu

23 marca 2018. Za oknem przesuwał się płaski i szary krajobraz Mazowsza. W mojej głowie kłęby obaw. Czarny Piątek został ogłoszony zaledwie kilka dni wcześniej. Dzień powszedni, ludzie nie zawsze mogą wyrwać się z pracy, zwłaszcza ci, którzy potrzebują, tak jak my z naszego końca świata, wstać o piątej rano i zużyć pół dnia na dojazd. Mając na pamięci protesty z ostatnich kilku miesięcy, te pod sądami, te w grudniu, kiedy było pierwsze czytanie ustaw pro- i anty-choice, te nasze różne pospolite ruszenia, coraz mniej liczne, coraz smutniejsze, coraz bardziej znużone, obawiałam się, że pod Sejmem będzie nas zbyt niewiele, by krzyk przebił się przez otaczające budynek płoty, przez białe ściany tego zasiedlonego przez niegodziwców gmachu.

W czasie początkowych przemówień stałyśmy z Madzią i Basią pod samą sceną, a kiedy pochód ruszył w kierunku siedziby PiS, chciałyśmy przemieścić się na przód, co oznaczało że musimy przejść wzdłuż całej kolumny. Szybkim krokiem idziemy wyprzedzając maszerujących, a gęsta, zwarta rzeka ludzi płynie, płynie i się nie kończy. Za każdym kolejnym zakrętem wciąż nie widać czoła pochodu, za każdym coraz większa radość i nadzieja. Szły nas tam dziesiątki tysięcy, skandując: “Moje ciało, moja sprawa, a nie posła Jarosława”.

Szerokie stołeczne ulice nie są w stanie pomieścić naszego krzyku.

Nad głowami flagi, napisy. “Moje ciało to moja świątynia, nie pchaj się tam ze swoją wiarą” – “Bóg dał rozum, kościół zabiera wolną wolę” – “Czcigodni mężowie o cnotach ze stali, żebyście się nie zesrali

Na chodniku zamaskowany egzorcysta macha na nas wielkim krucyfiksem, na którym nad głową Jezusa przyczepiony jest mały plastikowy płód. Pojedyncze osoby z napisami, w nich słowa “morderstwo”, “dewiacja”, “genderyzm”, “faszystki”.

Krzyczymy: “Kaja Godek miała wybór!”. Nie jestem w stanie pojąć co musi siedzieć w umyśle tej kobiety, tak chętnie fotografującej się ze swym synkiem chorym na zespół Downa. Przypomina mi tego gościa, który zaraził się HIV-em i mszcząc się za swój wyrok rychłej śmierci, celowo zaraził kilkadziesiąt kobiet – kobiet, które nie były niczemu winne. On musiał umrzeć, więc przed śmiercią zarażał śmiercią. Kaja Godek robi wszystko, żeby inni też musieli przechodzić to co ona. Wołamy do przechodniów: “Hej stolico, chodźcie z nami, to jest wojna z kobietami”. Kilku szalikowców na tarasie dworca centralnego pokazuje nam faki.

I tak płyniemy arteriami stolicy. Na rondzie Dmowskiego prowadząca pochód Marta Lempart zatrzymuje nas na moment. Ludzie na czele pochodu podnoszą świece dymne, czarne kłęby płyną w stalowoszare niebo.

Po chwili znów się zatrzymujemy. Stoję trzymając pierwszy banner, tuż za prowadzącymi marsz. Marta rozmawia przez radio z kimś. Potem mówi przez megafon. “Policja zatrzymała kilka demonstrujących. Nie ruszymy, póki ich nie wypuszczą”.

Napięcie narasta. Marta znów rozmawia, jeszcze raz powtarza komunikat przez megafon. Schylając się pod bannerem, z pochodu wychodzi Joanna Scheuring-Wielgus, roztrzęsiona, oczy wilgotne, idzie rozmawiać z policją. Tłum skanduje: “Gdzie byliście w listopadzie ?!”

Tak. Nikt z tych, którzy na marszu faszystów łamali prawo, propagując publicznie nienawiść, którzy szarpali i obrażali kontrdemonstrantki, nie odpowiedział przez prawem. Ich nagrane gęby cała Polska oglądała w internecie, ale “nie da się ich zidentyfikować”. A tym co pod własnym nazwiskiem przemawiali z trybun, “nie da się” postawić zarzutów.

Ja nie winię policjantów. Większość z nich przyjmowała się do policji, kiedy to jeszcze był normalny kraj. Stoją tu teraz w paskudnej roli: chroniąc władzę przed społeczeństwem. “Nie pomogą wam kordony, gdy suweren jest wku*wiony”, krzyczymy.

Jednak wypuścili. Straż przyprowadziła te dwie dziewczyny na czoło pochodu. Jedna jest w zaawansowanej ciąży, brzuch przewiązany chustką z napisem “Aborcja jest OK”. Później opowiada, że ma też starszą córkę, wychowuje sama, w ciąży były powikłania, ale jej katolicka rodzina postawiła jej warunek – pomożemy ci, jeśli będziesz grzeczna, odpuścisz feministyczne działania. Nie odpuściła i musi radzić sobie w pojedynkę. Na tym polega katolickie miłosierdzie ??? To tak w praktyce realizuje się “pro-life” ???

Ruszamy dalej. “Idziemy po prawo i sprawiedliwość” – krzyk rezonuje w wąwozach ulic, odbija się od ścian biurowców ze szkła i stali. Finisz naszego marszu jest na Nowogrodzkiej. Rzeka maszerujących rozlewa się w morze. Nasza kolumna była tak długa, że po godzinie nadal nie widać jej końca, kolejni idą, idą, idą.

Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt tysięcy ludzi, którzy przyszli tutaj, z solidarności z tym “zaledwie” tysiącem kobiet rocznie, które – jeśli barbarzyńska ustawa zostałaby uchwalona – zmuszone byłyby do rodzenia “dzieci do umierania”. To daje nadzieję, że nie wszyscy się jeszcze poddali. Takie światełko w tym czarnym jak księżowska sukienka tunelu.

Marta Lempart przemawiając zwraca się bezpośrednio do Prezesa. Pewnie go tu nie ma. Ale nie wątpię, że gdziekolwiek oni teraz są, trzęsą portkami. Z jednej strony, publicznie, oficjalnie i bez żadnej żenady Episkopat naciska na Partię, że ma jak najszybciej pchnąć ustawę. Z drugiej, jej zwolennicy to zaledwie kilka procent społeczeństwa. Które, chociaż zmęczone, w ciągu paru dni zorganizowało się tak licznie. Ale oni się teraz muszą wić. Ale się teraz muszą bać. Czcigodni mężowie o cnotach ze stali. Obyście się na tym wyje**ali.

 

zdjęcie u góry: fot. Magdalena Kobus

Share Post
No comments

LEAVE A COMMENT