Wbrew prawu, po sprawiedliwość

Kod Zachodniopomorskie na uroczystościach sekty smoleńskiej w 7. rocznicę katastrofy

Generalnie, nie lubię Warszawy.
To miasto, mimo że piękne, że zadbane, że doinwestowane, ma w sobie jakąś strukturalną niespójność. Jest jak pęknięty dzwon: nienaganny kształt, ale przy uderzeniu wydaje boleśnie złamany dźwięk. Może dlatego że tam w każdą cegłę, każdą płytę chodnika, każdą kostkę bruku wsiąknęła krew. „Warsaw” można wszak przetłumaczyć jako „miejsce, które widziało wojnę„.
I teraz, kiedy jesteśmy w samym środku, na ogromnej przestrzeni placu Piłsudskiego, mimo że żartujemy i uśmiechamy się, czuję, jakbyśmy szli na wojnę.
Nasza kilkudziesięcioosobowa grupka stoi obok Grobu Nieznanego Żołnierza, przy którym robią sobie fotki kolejne grupki, które obok nas przechodzą. Na ramionach biało-czerwone flagi, na klatach biało-czerwone identyfikatory.
To jest ten lepszy sort, który tam wpuszczą.
A my będziemy musieli się tam wedrzeć.
Waldek staje prowokacyjnie na ich trasie ze swoim tiszertem ze wymownym znaczkiem „Duck off”.
Kolejne grupki przechodzą, czasem nie reagują, czasem coś krzyczą.
To że krzyczą to nie jest problem, ale to że idą, i idą, i idą, kolejne, kolejne.
Analizujemy dziennikarską, nomen-omen, kaczkę, że 10 kwietnia miałby być świętem państwowym. Ja jestem za! Gdyby był to wolny dzień, nie musielibyśmy brać urlopów, by tu przyjechać, byłoby nas więcej.
Obywatele RP, i my KOD-owcy, zbieramy się w jednym rogu placu. W drugim rogu – lepszy sort, jakaś niewielka część programu obchodów. Plac jest tak wielki że mieścimy się w nim i my i oni, i zostaje jeszcze mnóstwo przestrzeni.
Polska tez mogłaby być takim placem. Gdzie jest miejsce i dla nas, i dla nich, gdzie każdy zajmuje się swoimi przekonaniami, i nawet nie zbliżamy się do siebie, nie przeszkadzamy sobie.
Przestrzeni jest dość. Tylko że Lepszy Sort nie akceptuje takiej koncepcji, że każdy na swoim kawałku podłogi żyje po swojemu. Nie. Oni żądają, żeby wszyscy żyli tak jak oni uważają za słuszne, albo wcale. Oni wymagają, żeby wszystko było tylko i wyłącznie tak, jak oni chcą.
Słucham instrukcji bezpieczeństwa: jak się zachowywać w czasie zatrzymania, jak rozmawiać z policjantami, na jakie paragrafy się powoływać (par.1 art 183 kpk), jak rozmawiać z tymi, którzy nie będą chcieli nas wpuścić. I dociera do mnie, jak różny będzie ten protest od wszystkich, jakie robiliśmy dotąd. W porównaniu z nim, nasze dotychczasowe spotkania to były takie kluby dyskusyjne inteligencji. Teraz, możemy zostać aresztowani, możemy być szykanowani, nagrani i opublikowani, możemy być pobici.
Policji jest mnóstwo.
Stoją wokół nas podwójnym kordonem. Zazwyczaj byli oni w gruncie rzeczy naszymi sprzymierzeńcami. Ale pamiętamy historie spod Sejmu w grudniu, albo przedwczorajsze zdarzenia z Poznania. Wiemy, że na państwowe obchody nie będą chcieli nas wpuścić, wiemy, że przynajmniej mentalnie na pewno dojdzie do konfrontacji.
Paweł Kasprzak mówi do mikrofonu dużo trafnych i smutnych słów. Mówi, że konstytucja, której próbujemy bronić, została przyjęta w referendum przy niskiej frekwencji i minimalną przewagą głosów; jej przeciwnicy byli prawdopodobnie liczniejsi, ale leniwsi, niż zwolennicy. Że również teraz, my którzy prawa jednostki i wolność cenimy najwyżej, jesteśmy zapewne w społeczeństwie w mniejszości.
Po nim przemawia chłopak z Ukrainy. Mówi o tym, jak działania polityków zmierzające do podziału społeczeństwa utorowały drogę zewnętrznym wrogom jego ojczyzny i ułatwiły im agresję. O siedemdziesięcioletniej kobiecie, która tam narażała życie, by walczyć o wolność. „Bo co mi zrobią„. O ukraińskich korzeniach i skomplikowanej biografii Anny Walentynowicz. Kobiety, która uratowała strajk w Stoczni Gdańskiej, a potem pokręcone koleje losu sprawiły że śmierć odnalazła ją w podsmoleńskim lesie.
Tak samo jak i niemal setka innych osób. Także osób o niekonserwatywnych, liberalnych poglądach. Natomiast te tutaj obchody skupione są tylko na jednej.
Zanim ruszymy, Paweł mówi, że sama obecność tu jest aktem odwagi. Że nie muszą się wstydzić ci, którzy nie zdecydują się – korzystając ze swoich konstytucyjnych praw – sprzeciwić się bezprawiu i wbrew władzom wejść na teren strzeżony przez policję, ryzykując aresztowanie i składanie zeznań.
Mimo jego jakże mądrym słowom nie jest mi wcale lżej. Bo mam wstydliwą świadomość, że nie wiem, dokąd dotrę, jak daleko pójdę, na co się odważę. Mimo iż nie boję się pobicia ani aresztu. To po prostu szczerze nie wiem, co się wydarzy i na ile ja sobie z tym poradzę. Czy będę w stanie, jak Anna Walentynowicz, wybiec przed szereg, nawet jeśli nikogo nie będzie obok mnie?
Idziemy ulicami Warszawy, piękne stare budynki po obu stronach. Ponad dachami olśniewający Księżyc w pełni. Na chodnikach prawie nie ma ludzi, ale za to są zastępy policji. Białe róże w naszych rękach. Cisza podkreślana odgłosem kroków i rytmicznymi bębnami. Czyli to tak się robi historię? Bębny, bębny, cisza i strach. Cisza i strach.
Gdybyśmy krzyczeli, byłoby łatwiej, nie słyszałabym swojego strachu.
Wchodzimy na plac Zamkowy i zatrzymujemy się na kordonach policji. Parę pojedynczych osób przedostaje się na tamtą stronę muru Mordoru, ale reszta stoi. Słyszymy modły dobiegające z katedry. Żeby było na legalu, nie krzyczymy (zakłócenie uroczystości religijnej, par. 196kk, art. 53 Konstytucji). Niektórzy się niecierpliwią. „Nie po to tu przyjechałem, by siedzieć cicho„. „Oni nas nie szanują, to ja nie będę szanowała ich„. Ja mówię, że ObywateleRP mają ponad rok doświadczenia w organizowaniu tych akcji, i dogłębnie rozkminione to od strony prawnej. Ja bym im zaufała.
Dyskusje z policjantami, nagrywane na komórki. „Jestem obywatelką, dlaczego nie chce mnie pan wpuścić. Proszę o podstawę prawną. Kto tutaj dowodzi?” Oni patrzą w przestrzeń, albo zdawkowo odpowiadają. Nie zazdroszczę im ich pracy; zaczęli ją, kiedy jeszcze Polska nie była pełzającym reżimem. Pewnie myśleli, że będą ścigać przestępców, a tymczasem, na rozkaz swoich przełożonych, bronią reżimu przed obywatelami.
Filip próbuje z nimi dyskutować, przekonać żeby go przepuścili. Odpowiadają grzecznie, zdawkowo, i stoją patrząc w przestrzeń. „Taki mamy rozkaz.” W przerwach chłopaki z naszej ekipy dyskutują o tym, czy skoro teraz wykonują rozkaz, to byliby równie sumienni, gdyby kazali im nas bić. „Na pewno tak” – mówi Filip. „Nie, myślę że nie” – wątpi Adrian. Mówią tak, żeby oni słyszeli. Słucham tego patrząc na pozorny spokój ukrytych pod czapkami z orzełkiem twarzy. Na to napięcie w oczach. Bo jestem przekonana, że oni nie znają odpowiedzi na to pytanie. Większość z nich pewnie je sobie również właśnie teraz zadaje. Tak jak ja zastanawiałam się, czy potrafiłabym być Anną Walentynowicz, oni nie wiedzą, czy potrafiliby być ZOMO.
Przemieszczamy się więc do bocznej ulicy, gdzie ponad głowami rzędów funkcjonariuszy w granatowych czapkach „pozdrawiamy” atrapę prezydenta i kolejnych VIPów, domagamy się demokracji i przestrzegania konstytucji. Lepszy sort odkrzykuje nam „bić sierpem, bić młotem lewacką hołotę„. Paweł Kasprzak przez megafon pyta policjantów, dlaczego mimo iż przyrzekali na konstytucję, pomagają w jej łamaniu, w łamaniu naszych praw, dlaczego mimo iż mają prawo nie wykonać rozkazu niezgodnego z prawem, jednak go wykonują? Dlaczego nie zareagowali na złamanie prawa przez tych, którzy mową nienawiści podżegali do przemocy? (art. 256 kk, art. 190 kk)
Te szeregi policji, rozdzielające nas i ich, to taki obraz Polski w pigułce. Tak jak za komuny Berlin rozłamany murem na części, tak teraz nasz kraj, nasze społeczeństwo, zantagonizowane, podzielone, zatrute nienawiścią. I taki właśnie jak tutaj jest poziom społecznego dialogu.

W kolejnym wąskim gardle uliczki, zakorkowanym ścianą policji, słyszymy dobiegający głos Fuhrera. Przypomina mi się Rok 1984 Orwella i pojęcie „dobrego kwakmówcy„. Niestety, jego proroctwo realizuje ten, który twierdzi, że jego wrogowie to komuniści, a siedzi z jednej piaskownicy z PRLowskimi prokuratorami. „Precz z komuną„, krzyczymy. A tymczasem zza kordonu dobiega muzyka. „Żeby Polska była Polską„….? Ta pieśń, która śpiewana była za komuny jako protest-song przeciw monopartyjnej, totalitarnej, reżimowej władzy, teraz jest grana na dworze Imperatora, który III RP zamienia w II PRL????

Przecież wtedy Polska była Polską. Nazywała się Polska, polski był językiem urzędowym. Ale nie było w niej wolności. Nie była wolna od kontroli moskiewskiego Wielkiego Brata i nie byli w niej wolni poszczególni obywatele. Może zatem to na tym polega problem. Że nacjonalizmy i nurty tożsamościowe z samej swej natury stawiają prawa zbiorowości ponad prawami jednostki. Wtedy Pietrzak imieniem Polski nazywa wolność, teraz tym samym imieniem nazywa zmienianie całego kraju w folwark partii kierowanej przez jednego życiowego nieudacznika.

Sporo naszych przemknęło się chyłkiem na tamtą stronę. Widzimy kilka bannerów: „Prawa fizyki, prawa logiki, prawa człowieka„; „Żałoba nas łączy, wiec polityczny dzieli„. I skierowany w naszą stronę ich banner: „Targowica ze strachu szaleje, prawdy się boją zdrajcy i złodzieje.

Kordon okazuje się błoną półprzepuszczalną. Lepszy sort może przechodzić na naszą stronę tak po prostu, my na tamtą nie jesteśmy wpuszczani. Kiedy oni wychodzą, wymieniamy się wzajemnymi uprzejmościami. Oni insynuują nasz niski poziom intelektualny i moralny, a my im odkrzykujemy: „Piotrowicze, Misiewicze„.
Bilans naszej akcji: jeden aresztowany, brak z nim kontaktu; jedna osoba bezprawnie wyprowadzona z terenu obchodów, trochę pomniejszych przepychanek.

Gdzieś tam, schowany za zastępami mundurowych, za dworem wiernych akolitów, odgrodzony przez nich od społeczeństwa, rzeczywistości i rozumu, jest nasz ludzki pan. Człowiek, którego głupota i żądza władzy doprowadziły do śmierci jego brata, za co on się do dzisiaj mści, mści się na całym narodzie. „Rządzą nami trumny” – syndrom z czasów romantyzmu ma się dobrze wciąż mimo upływu stuleci.

Ciemne ulice Warszawy, nadal pełne policji, ale poza tym pusto. Mieszkańcy już śpią; rano trzeba wstać do pracy. Dlaczego śpicie? Dlaczego was tam nie było? To także wasze prawa likwidują. To także przez wasz kraj jadą walcem arogancji i buty. To także wy obudzicie się jutro w państwie faszystowskim i autorytarnym. Dlaczego w dwumilionowej metropolii, wspartej przez takich jak my, co jechali pół tysiąca kilometrów, było nas tam kilka tysięcy, a nie 30, jak w Moskwie, nie kilkaset, jak w Bukareszcie czy Nowym Jorku?

To nie PiS jest problemem. To ta obojętna, bierna, milcząca większość.
Polska będzie inna, jeśli zechcą tego wszyscy” – Tadeusz Mazowiecki

 

fot. u góry: Krzysztof Wojtecki
fot. w tekście – autorki

 

Poniżej fotorelacja Krzysztofa Wojteckiego:

Share Post
No comments

LEAVE A COMMENT